Obecnie książka przechodzi ostatnie szlify redakcyjne – do kupienia już w listopadzie!
Prolog – Krew ziemi
Iron Maiden – Rime of the ancient mariner, Powerslave (1984)
Dziesięć tysięcy lat temu
Zanim ktokolwiek nazwał to miejsce Karkonoszami.
Zanim język nabrał kształtów, a bogowie otrzymali imiona.
Mgła pełzła między sosnami, gęsta jak dym. Świt był chłodny, ale bez przymrozku – typowy wczesnowiosenny poranek. Ptaki milczały. Dwa dni wcześniej była pełnia. Księżyc Głodnego Zwierza – tak mówił „ten, który pamięta wiele zim”.
Ale zwierza nie można było znaleźć.
W ciszy poranka słychać było tylko trzask gałązek pod stopami. Szli powoli. Nie spieszyli się. Rytm wyznaczało bicie serca, wspólne oddechy, szelest skór i plecionek z traw. Wiedzieli, co robią. Nie był to ich pierwszy raz.
Choć zawsze był to pierwszy raz dla tego jednego – chłopca, którego przynieśli.
Był młody. Nie więcej niż dwanaście zim. Jasne włosy związane skórzanym rzemykiem. Skóra pokryta ochrą. Nie krzyczał. Nie płakał. Patrzył tylko w niebo – jakby ono miało być ostatnim, co zobaczy.
Musieli tak. Zwierzyna, za którą wędrowali, zniknęła. Groziła im całkowita zagłada. Nie mieli wyjścia. Albo oni, albo…
Pośrodku polany stał kamień. Wyrastał z ziemi jak ząb pradawnego zwierzęcia.
Nagie ostrze z kości spoczywało u jego stóp, obmyte wodą z rzeki.
Starzec przemówił językiem, którego dziś nikt już nie zna. Nie był to język słów, lecz gestów, oddechów, cienia.
Położyli chłopca na kamieniu. Związali go sznurami ze zwierzęcych jelit. Nie poruszył się.
Nad polaną unosił się zapach ziół palonych w żarze ogniska. Szałwia. Czeremcha. Stary jałowiec.
Z oddali dolatywał szum wody – rzeka niosła ze sobą przeszłość, teraźniejszość i to, co dopiero miało nadejść.
Ostrze rozcięło gardło chłopca cicho i bez szarpnięcia. Krew spłynęła na kamień. Jej kropelki wsiąkały w mech, w glinę, w serce ziemi. Chłopak zatrzepotał się jak wyjęta z wody ryba, a po chwili znieruchomiał. Jego oczy stały się matowe.
I wtedy… Coś się poruszyło.
Nie wśród ludzi. Nie w lesie. Pod powierzchnią. W głębi świata. Jakby ziemia – od lat głucha i ślepa – właśnie otworzyła jedno oko.
Drgnienie. Nic więcej.
Ale od tej chwili świat nigdy już nie był taki sam. I nigdy więcej naprawdę nie zasnął.
Wrocław, marzec 2024
Ewelina Czarnowska wyglądała, jakby przypadkiem zaplątała się do tej części świata, w której wygląd trzeba było nosić jak wizytówkę. Nie miała takiej. Nie była ani szczególnie wysoka, ani niska – po prostu średnia. Tyle że Ewelina dawno już zauważyła, że nie chodzi o wzrost, tylko o sposób, w jaki ludzie ją widzieli. A raczej – jak chcieli ją widzieć. Sięgające ramion, niedające się ułożyć włosy, ciemnozielone oczy, które rzadko zdradzały cokolwiek więcej niż irytację, i stały zestaw: bluza, dżinsy, obszerna kurtka. Wybrała tak nie dlatego, że nie mogła inaczej, ale po prostu inaczej nie chciała.
Przyciągała tych, którzy widzieli w niej wyzwanie. Tych, którzy lubili gierki, testy, kogoś do oswojenia. Ale Ewelina nie grała. Nie była dziewczyną z filmu, którą wystarczy rozbawić, obłaskawić kilkoma dobrymi słowami i zabrać na randkę. Miała swoje granice – postawione jasno, nie z kaprysu, ale z potrzeby. I tu zaczynały się problemy.
Nie rozumieli. Nie umieli. Nie chcieli. A ona? Nauczyła się, że lepiej stracić kogoś na początku niż później. I choć czasem robiło się cholernie pusto, wolała to niż znosić nieustanne poczucie, że ktoś przekracza jej granice „dla jej dobra”. Zielone oczy Eweliny błyszczały dziko, kiedy kolejny amant dostawał za swoje. Pazurami.
Zaczęła zmianę w pracy, pozbierała puste szklanki. W barze było trzech klientów. Każdy z innej parafii, a żadna z nich nie należała do tych przy ulicy. Jeden trzymał książkę bez okładki. Drugi wyglądał, jakby nie spał od świąt wielkanocnych dwa tysiące czwartego roku. Trzeci…
Godzina była zbyt wczesna na piwo po pracy i zbyt późna na piwo przed pracą. Z głośnika sączyła się muzyka. Jako że było prawie pusto, nikogo oprócz niej z obsługi, włączyła dla dobrego nastroju swoją płytę CD. Stare, dobre Live after Death starego, dobrego Iron Maiden. Właśnie kiedy z głośnika poleciało The rime of the ancient mariner, Ewelina coś poczuła. Rękę. Na swoim pośladku.
– Tylko spróbuj mnie jeszcze raz dotknąć – odezwała się, nawet nie patrząc.
Typ się zaśmiał. Głośno. Sztucznie.
Więc dostał. Z otwartej. Z całej siły. Tak, że bar zadrżał.
– Płacisz za piwo, dziadu – poinformowała Ewelina, otrzepując rękę. – I za uszkodzony klimat. Dziękujesz, wychodzisz, nie wracasz – dodała.
Facet uśmiechnął się fałszywie. Na jego twarzy zagrała gama emocji. Zawstydzenie. Złość. Gotowość do awantury. Ale złapał jej wzrok i zrezygnował. Wyszedł.
Za to do baru podszedł następny klient.
– Można to ściszyć? – burknął z uśmiechem, który wyglądał, jakby typ miał więcej zębów niż normalny człowiek.
– Nie.
– Ale to nie jest… normalna muzyka.
– A ty nie jesteś normalnym klientem.
Podniosła wzrok. Gość był może po czterdziestce. Sweter, piwko, wzrok z kategorii: „ja tylko pytam”.
– Z całym szacunkiem – dodał tonem, który zawsze oznacza brak szacunku – ale może coś lżejszego?
– To jest lżejsze. W porównaniu z moim dzieciństwem.
– Co…?
– Gdybym włączyła Bathory, to byś popuścił.
Cisza. Dickinson z głośnika: „Rime of the ancient mariner”.
– I jeszcze jedno. – Ewelina wytarła blat szmatką, wolno, z namysłem. – Jak ci się nie podoba klimat, to może czas zmienić port.
Gość coś mruknął, ale szybko dopił piwo i wyszedł. Zatrzymał się jeszcze w drzwiach.
– Za moich czasów to się barman z klientem nie kłócił.
– A za moich czasów to klienci wiedzieli, kiedy zamknąć ryj – spuentowała Ewelina.
Epoka żelaza, około 700 lat p.n.e.
Byli przekonani, że robią wszystko jak trzeba. Przyszli z doliny, gdzie ziemia była zbyt wilgotna, a dzieci rodziły się blade i słabe. Tu, na wzgórzu, ziemia była sucha, twarda, pełna kamieni – ale stary wróż z pękniętym okiem powiedział, że tu właśnie trzeba stanąć.
Ziemia wybrała to miejsce. Tak mówili.
Więc zbudowali krąg z głazów. Ustawili domy – ciasne, ale mocne, z drewnianym szkieletem i ścianami z plecionki oblepionej gliną. Na środku stanęło palenisko. I posąg. Toporny, ale wyrazisty – twarz bez oczu, usta zaszyte żyłką z krowich jelit.
Potem przyszedł dzień zakładzin.
Znaleźli dziewczynę – słabą, cichą, młodą, bez rodziny. Owinęli ją lnianą tkaniną, nacierali tłuszczem i ochrą. Posadzili pod posągiem. Dali do ręki glinianą czarkę z kozim mlekiem.
Miała wypić i oddać. Jeśli ziemia ją przyjmie – czarka pęknie. Jeśli nie – pęknie ona.
Nie pękło nic.
Starszyzna zamilkła. Kapłanka zmełła w ustach słowo, którego znaczenia już nikt dziś nie zna.
Ale ogłosili, że się udało. Że znak był pozytywny. Że bogowie są zadowoleni. Dziewczyna miała zostać przy studni i modlić się przez siedem dni, by „związać duszę miejsca”.
Szóstego dnia przyszła burza.
Nie zwykła – nie letnia. Taka, co rodzi się pod skórą nieba z sykiem i warczeniem. Taka, która nie niesie deszczu, tylko wyrok.
Piorun uderzył w posąg. Potem w dach chaty starszyzny. Potem w drzewo stojące nad studnią.
Wioska płonęła do rana. Nikt nie ruszył się z kręgu. Bali się, że to coś więcej niż ogień.
Dziewczyny nie znaleziono. Czarka – leżała nietknięta. Jakby czekała na kogoś, kto wypije do końca.
–
Ziemia była głodna.
Niebo zgasło na trzy dni, zanim zdecydowano, że trzeba coś położyć w kamieniu.
Dziecko nie miało imienia – to by je zatrzymało. Nie chcieli, żeby wracało.
Kobieta trzymająca je w ramionach nie była matką. Ale znała rytuał.
Gliniana jama, święty głaz, cisza starszyzny. Miało się związać. Miejsce. Przyszłość.
Ale ogień zgasł od środka. Kamień nie przyjął krwi.
Zamiast tego pod ziemią coś się przebudziło.
Coś, co nie zostało nakarmione, ale pamiętało smak.
Coś, co będzie czekać – aż wreszcie przyjdzie ta, której dłoń nie zadrży.
Koniec części pierwszej. C.D.N.