Jak to jest, że potrafimy dostrzec twarz Jezusa na przypalonym toście
albo rozpoznać „laguna” w rogaliku, który ktoś rzucił w gałęzie?

Zadziwiające, jak wiele jesteśmy w stanie zobaczyć
w chmurze przypominającej twarz świętego
albo w przypadkowym zarysie kontynentu, którego nie ma.

A jednocześnie —
jak wielu rzeczy prawdziwych nie potrafimy dostrzec wcale.

Ile zjawisk umyka nam tylko dlatego,
że nie pasują do znanych wzorców?
Ile razy nasz umysł wyparł coś,
co nie mieściło się w normie, w narracji, w oczekiwaniach?

W słynnym eksperymencie z piłką i gorylem
większość ludzi — skupiona na liczeniu podań —
nigdy nie zauważyła człowieka w przebraniu goryla,
który przeszedł przez sam środek kadru.

Nie dlatego, że goryl był ukryty.
Nie dlatego, że go nie było.
Tylko dlatego, że umysł go nie szukał.

Gdzie więc przebiegają granice naszej percepcji?
Co jeszcze przegapiamy —
zajęci obserwowaniem iluzji?

Szukamy potwora z Loch Ness,
którego najpewniej tam nie ma.
Bo to jest bezpieczne.

A w tym samym czasie
nie widzimy tego, co mamy tuż pod nosem.

Ile tragedii można było powstrzymać,
a do ilu doszło tylko dlatego,
że nikt nie patrzył?
Albo patrzył — i udawał, że nie widzi.

Czy naprawdę lepiej jest nie widzieć?
Udawać przed samym sobą?
Przeżyć całe życie w wygodnym kłamstwie?

Bo jeśli coś w ten sposób zyskujemy,
to na pewno nie prawdę.
Nie o świecie.
Nie o ludziach.
Nie o nas samych.

Jeśli do lepszego widzenia
czasem trzeba zamknąć oczy,
to do jasnej cholery — zróbmy to.

Bo czasem to, co najprawdziwsze,
przechodzi przez środek naszego życia
w ciszy,
bez kostiumu,
bez fajerwerków.

I zostawia ślad tylko wtedy,
gdy w końcu przestaniemy patrzeć oczami.

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x