Czasem mam wrażenie, że idea narodu jest jednym z najbardziej udanych produktów ostatnich dwustu lat.
Nie w sensie kulturowym czy emocjonalnym – bo te potrzeby istniały zawsze – lecz w sensie marketingowym. Naród sprzedaje się znakomicie. Lepsze od niego są tylko strach i obietnica zbawienia.
Flagi na koszulkach. Czapki reprezentacji. Hasła o dumie, honorze, zdradzie. Politycy mówiący, że są „prawi i sprawiedliwi”, bo „tak zdecydował naród”. Nawet jeśli ten naród jest zmęczony, zagubiony, często dezinformowany – ale zdecydował. A skoro zdecydował, to już nie wypada pytać.
Tylko że historia płata tu figla.
Idea narodowa – w dzisiejszym sensie – jest zadziwiająco młoda. Owszem, istniały królestwa, imperia, państwa-miasta, ale naród jako wspólnota wyobrażona, oparta na jednolitej tożsamości, języku i micie wspólnego losu, to wytwór głównie XIX wieku. Okresu industrializacji, masowej prasy, poboru do wojska i… rodzącego się kapitalizmu.
I tu pojawia się zgrzyt.
Bo o ile naród świetnie nadaje się do mobilizowania emocji, o tyle kapitał narodowości nie ma. Korporacje nie mają ojczyzn. Pieniądz nie ma akcentu. Inwestycje nie śpiewają hymnu. A jednak dokładnie tam, gdzie sprzedaje się marzenia o wolności, równości i braterstwie, niemal zawsze dokleja się etykietę z flagą.
To ciekawe, że miliarderzy nie potrzebują narodowości, ale ci, którzy nabijają im kieszenie, są gotowi się za nią nienawidzić. Czasem nawet zabijać.
Wybory? Coraz trudniej wierzyć, że naprawdę rozstrzygają się przy urnach. Częściej wygrywają ci, którzy są „modni”, albo ci, za którymi stoi duży kapitał, albo ci, którzy potrafią wskazać wroga. Wroga zawsze łatwiej sprzedać niż złożoność.
A przy tym trzeba bardzo uważać, żeby nie stanąć przed lustrem. Bo wtedy mogłoby się okazać, że palec wskazujący „onych” drży niebezpiecznie blisko własnej twarzy.
Czasem myślę, że jako ludzkość uczestniczymy w dziwnym zakładzie o jednego dolara. Kto wygra: zdrowy rozsądek czy bezbrzeżna głupota? Czy da się jeszcze komuś sprzedać myślenie, czy popyt jest już tylko na proste historie, szybkie emocje i poczucie wyższości?
Statystyka też bywa niepokojąca. Sześć tysięcy lat historii państwowości. Niewiele ponad sto pięćdziesiąt lat idei narodowej w obecnym kształcie. I dokładnie w tym okresie – dwie największe wojny w historii ludzkości.
Oczywiście to nie dowód. Ale trudno przejść obok tego obojętnie.
Może problem nie leży w samej idei wspólnoty, tylko w jej zawłaszczeniu. W zastąpieniu realnych więzi – relacji, odpowiedzialności, współzależności – przez abstrakcyjny symbol, którym można handlować. Naród jako marka. Flaga jako logo. Pogarda jako narzędzie segmentacji rynku.
Bo wspólnota, prawdziwa, jest niewygodna. Potrafi się dzielić. Potrafi wytwarzać sens bez pośredników. Potrafi powiedzieć „nie” tam, gdzie jednostka – osamotniona, zadłużona, przestraszona – powie „tak”.
I może dlatego tak łatwo dziś sprzedać anty-wspólnotę. Jednostkę przeciwko jednostce. Każdy osobno. Każdy z własną flagą w ręku i pustką w kieszeni.
Nie wiem, jak z tego wyjść.
Wiem tylko, że kiedy słyszę, jak ktoś mówi „naród zdecydował”, coraz częściej mam ochotę zapytać:
gdzie dokładnie zapadła ta decyzja – i kto na niej zarobił?
A potem jeszcze jedno, już ciszej:
czy w tej historii ktoś w ogóle spojrzał w lustro.