Pisanie nauczyło mnie jednej rzeczy lepiej niż cokolwiek innego — iluzje są wszędzie.
Jako autor tworzę je zawodowo. Buduję postaci, które nigdy nie istniały, a jednak potrafią wywołać prawdziwe emocje. Konstruuję światy z papieru i ciszy, a ludzie odnajdują w nich własne lęki, pragnienia i wspomnienia. Literatura jest przecież pięknie kontrolowanym oszustwem — umową między pisarzem a czytelnikiem, że przez chwilę będziemy udawać, iż fikcja jest prawdą.
I może właśnie dlatego trudniej mi wierzyć w iluzje codzienności.
Widzę je w rozmowach, w pozach, w społecznych rolach, w słowach wypowiadanych bardziej dla efektu niż znaczenia. Widzę, jak ludzie budują własne narracje o sobie — czasem po to, by przetrwać, czasem po to, by ukryć pustkę, a czasem po prostu dlatego, że prawda bywa zbyt niewygodna.
Pisarz ma tę niewygodną przypadłość, że słucha nie tylko tego, co ktoś mówi, ale też tego, czego panicznie unika powiedzenia.
To nie daje spokoju. Nie daje łatwości. Czasem wręcz przeszkadza.
Ale jest jedną z niewielu korzyści tego zawodu.
Bo kiedy całe życie ćwiczysz się w rozpoznawaniu fałszu na papierze, zaczynasz szybciej wyczuwać go także poza książkami.
I może właśnie dlatego pisanie nie jest dla mnie ucieczką od rzeczywistości.
Jest sposobem, by widzieć ją wyraźniej.