Nie każdy człowiek, którego spotykamy, jest w naszym życiu po coś dobrego.
Nie każdy po coś złego. Większość jest po coś prawdziwego — nawet jeśli to „prawdziwe” boli.
Zwykle uczymy się relacji metodą prób i błędów.
Zderzeń, zachwytów, rozczarowań. Ale czasem życie robi coś innego: ustawia kilka postaw obok siebie, niemal naraz, jakby chciało zapytać: czy już widzisz różnicę?
Czasem spotykamy ludzi, którzy są jak mały palec u stopy. Ich celem istnienia jest to, by nam przypominać, że jednak warto założyć kapcie, bo jeśli uderzymy w róg szafki, to wtedy mniej boli. Są też tacy, dla których jesteśmy pokarmem, zjadają nas po kawałku. Czasem od środka.
I tacy, dla których jesteśmy tylko zabawkami na półce – łatwo sięgnąć po nie gdy nudno, i nie ma żalu, jak się je odstawia bo jest lepsza zabawka. I tacy dla których jesteśmy odwróconym lustrem – ale nie po to by się w nim przeglądać, tylko porównywać. Jestem lepsza, bo ty masz jednego męża, a ja mam już drugiego. A i zaraz trzeci się znajdzie. Są ci, co szukają w drugim człowieku plastra na swoje dziury w duszy, i bezceremonialnie wyrzucają stary plaster, jak choć lekko zaczyna odstawać. Każdy z nas bywał w życiu jednym i drugim. Różnica zaczyna się tam, gdzie zaczynamy to widzieć.
Są też tacy, których sensem istnienia jest pokazanie nam, że potwory spod łóżka, to przy nich pluszowe maskotki. Że potwory mają jakieś zasady, granice, a oni nie.
I są też tacy, którzy wyglądają jak oaza na bezkresnej pustyni. Trochę nie na miejscu. Ich piękność można dostrzec w pełni tylko wtedy, kiedy zamknie się oczy. I tu – cytuję – potrzebna jest mądrość. Nie, nie po to, by obliczyć liczbę bestii. Ani liczbę człowieka. Po to, by tego człowieka w sobie poskromić. Nie włazić z butami. Nie zadeptać. Nie przebudować, przerobić na kurort, zbudować wielki parking w samym centrum. Tylko by usiąść, niezbyt blisko, na tyle, by widzieć, i na tyle, by nie zakrzywiać samą swoją masą. Nie stawiać tabliczek “teren prywatny”. Nie zawłaszczać, pod żadnym pozorem. Bo to zjawisko występuje skrajnie rzadko w skali kosmosu, nie tylko Ziemi.
Oni są jak odwrócone DDA — uczą, że powinieneś być stale gotowy. Ale nie na zagrożenie. Na święto. Wielkie. Ogromne. Bo nigdy nie wiesz, czy nie wpadną na ciebie tuż za rogiem. I święto gotowe. Co ty na taki konstrukt, że Gwiazdka może być częściej niż raz w roku? Wpadasz na taką osobę, i już wiesz, że od tej pory nic już w twoim życiu nie będzie takie samo. Nie ma możliwości. Stoisz już nie na planszy, tylko patrzysz na nią z góry. I widzisz to, co do tej pory ci tylko umykało. I nie ma odwrotu. Nie wrócisz już na planszę, jak było kiedyś. Nie usuniesz tej wiedzy z głowy choćbyś chciał. I to jest czasem piękne, czasem przerażające. Jak tabletka w Matriksie. Nie ma odwrotu. Jest tylko świadomość. I też wiedza, że są na świecie rzeczy, o których się nawet filozofom nie śniło. I że dwoistość ludzkiej natury jest zaskakująca, ale nie przypisana tylko ludziom. Ze mogą być rzeczy które są cudowne, i gorzkie zarazem. Że czasem najpiękniejsze rzeczy w naszym życiu mogą również boleć. I to też jest nauka. Jak nie ulec, nie zagłuszyć tego bólu, nie zakleić plastrem z innego człowieka, tylko usiąść, i choć spróbować zrozumieć. Dotknąć siebie tam w środku. Bo jeśli możemy, to brawo – to znaczy, że nie jesteśmy dwuwymiarowi.
I myślę sobie jeszcze, czy ta rzadkość występowania, przy której cztero, a nawet pięciolistna koniczyna w porównaniu jest wręcz powszechna wynika z faktycznego niewystępowania w przyrodzie takich zjawisk? Czy może wielokrotnie przechodziłem w swoim życiu przez takie oazy, ale ich nie poznałem, bo były zadeptane, sprowadzone do roli dziwowiska, zamiast otuchy i nadziei dawały złudzenia i sprzedawały watę cukrową i kiełbasę z grilla, bo ktoś je zawłaszczył, i wywłaszczył jednocześnie? Bo zbyt słabo maskowały swoje granice, nie umiały, nie potrafiły ich bronić, więc dziś już ich nie mają? Czy wchodząc na łąkę, zastanawiasz się, ile zdeptanych kwiatów zostanie na twojej ścieżce?
To nie chodzi o to, by nie chodzić nigdzie. Chodzi o to, by ostrożniej stawiać stopy, bo możemy coś wielkiego przegapić, tylko dlatego, że paradoksalnie to wielkie, jest widoczne tylko pod lupą. Lupą do uczuć, emocji, i naszego mikroskopijnego człowieczeństwa. Bo dziś ecce homo, nie brzmi już tak dumnie, jak kiedyś. Z jakiegoś powodu. Czy dlatego widzę tak mało drzew w tym lesie, bo faktycznie zdarzają się rzadko, czy dlatego, bo przede mną szła grupa drwali? Radośnie machających siekierami, bo to ich święte prawo. Ale jedyne prawo, które jest święte, to prawdo życia, do różnorodności, do bycia sobą nie tylko w zgodzie z otoczeniem, ale czasem właśnie wbrew niemu.
Kiedy raz zobaczysz różnicę między użyciem a spotkaniem, między zawłaszczeniem a obecnością, między hałasem a ciszą, nie wrócisz już na planszę.
I może właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Nie o to, by spotykać „lepszych” ludzi. Tylko o to, by samemu nauczyć się stawiać stopy tak,żeby nie deptać tego, co jeszcze próbuje rosnąć.