Taka myśl mnie dziś naszła — możemy się odbijać w innych ludziach jak w lustrze.
I zaczęło mnie zastanawiać, czy jako społeczeństwu nie byłoby nam po prostu lepiej, gdybyśmy zamiast próbować jak najkorzystniej odbić się w lustrze, na zdjęciu, w rolce na Instagramie czy filmiku z wakacji, próbowali zrobić to samo w drugim człowieku.

Czy to nie miałoby więcej sensu?

Odbicie w tafli szkła pokrytej tlenkiem srebra — w lustrze, w obiektywie, w ekranie — nie mówi tak naprawdę nic o nas jako o ludziach. Niczego nas nie uczy. Pokazuje jedynie świat zniekształcony przez optykę: grę świateł, cieni, kątów, perspektyw. Estetykę. Iluzję.

Odbijając się w drugim człowieku, jest inaczej.
Nie ma filtra.
Nie ma światłocienia.
Nie ma zakrzywienia obrazu.

Jest reakcja. Jest odpowiedź. Jest prawda.

Jedyny minus?
Nie da się tak puszczać „zajączków”.


Chyba zrozumiałem, dlaczego ludzie wolą odbicie w lustrze niż w drugim człowieku.

Bo odbicie w drugim człowieku niesie prawdę.
A mało kto jest w stanie tę prawdę unieść.

Nauczyliśmy się oddawać ciężką pracę maszynom. Nikt dziś nie dźwiga worków z cementem, jeśli od tego jest dźwig. Nie orzemy pola ręcznie, nie targamy węgla, nie nosimy tego, co można przerzucić na mechanikę.

Ale jednej rzeczy nie nauczyliśmy się jeszcze oddawać — noszenia prawdy o sobie.

Na to nie ma dźwigu.
Nie ma maszyny.
Nie ma mechanizmu, który zrobi to za nas.

Doszliśmy do momentu, w którym jeździmy samochodem dwa–trzy kilometry do biura, potem do domu, a po pracy idziemy na siłownię, żeby pobiegać kilka kilometrów na bieżni — bo ciało potrzebuje choć namiastki ciężaru.

Podobnie robimy z prawdą.
Kiedy zaczynamy ją zauważać, kiedy zaczyna do nas docierać, często nazywamy to depresją. A potem próbujemy ją zagryźć farmakologią, żeby nie czuć jej masy.

Nie mówię, że leki są złe — często ratują życie.
Ale one nie niosą prawdy za nas.
One tylko pozwalają chwilowo nie czuć jej ciężaru.

Bo prawda zawsze jest ciężka.
Jeśli nie jest — to prawdopodobnie nie jest prawdą.
Chyba.


Jest stara żydowska przypowieść, z dawnych czasów, która idealnie tu pasuje.

Rabin (a może przedsiębiorca — nie ma to większego znaczenia) poprosił swojego nastoletniego syna:

— Podejdź do okna i powiedz mi, co widzisz.

Chłopak spojrzał na ulicę i odpowiedział:

— Widzę ludzi.

— A teraz podejdź do lustra — powiedział rabin. — I powiedz mi, co widzisz.

— Siebie — odparł chłopak.

Na co rabin powiedział:

— Popatrz, synu. Tu i tu jest szyba.
I wystarczy tylko odrobina srebra, żebyś przestał dostrzegać innych.


I to zdanie wraca do mnie jak echo.

Wystarczy odrobina srebra — ego, skupienia na sobie, estetyki, potrzeby kontroli obrazu — żeby okno zamieniło się w lustro. Żebyśmy przestali widzieć ludzi, a zaczęli widzieć wyłącznie siebie.

Coraz więcej luster.
Coraz mniej okien.

A prawda?
Prawda wciąż stoi po drugiej stronie.
Ciężka. Niewygodna. Czekająca, aż ktoś będzie gotów ją unieść.

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x