To już prawie ten moment.
„Ścieżki Cienia” zakończyły korektę po składzie. Oznacza to, że tekst został napisany, przepisany, rozebrany na części, złożony ponownie, zredagowany, poprawiony, poskładany i jeszcze raz przeczytany — tym razem ze szczególną uwagą skierowaną na wszystko, co mogło przesunąć się, zgubić albo nabrać nieoczekiwanie własnego życia.
Krótko mówiąc: książka przestaje być tekstem, nad którym ciągle można pracować. Zaczyna być książką, którą trzeba wreszcie wypuścić z rąk.
Przed nią zostało już tylko przygotowanie plików do druku, ostatnie sprawdzenie technikaliów i droga do drukarni.
Piszę „tylko”, chociaż przy wydawaniu książki nauczyłem się, że słowo to bywa wyjątkowo ryzykowne. Zawsze może jeszcze wyskoczyć margines, font, spad, przesunięty grzbiet albo inny chochlik, który przez ostatnie miesiące siedział cicho i czekał właśnie na swoją chwilę.
Ale jeśli nic nie postanowi urządzić mi niespodzianki, „Ścieżki Cienia” są już na ostatnim zakręcie.
A za nim czeka drukarnia.
I moment, w którym po raz pierwszy wezmę do ręki drugi tom „Plemienia Światła i Cienia”.
Jeszcze nie piszę, że skończone.
Ale po raz pierwszy mogę napisać: naprawdę blisko.