No i stało się.
Przez ostatnie pół roku robiłem wszystko, żeby ten moment odwlec.
Tak, odwlec.
Bo choć wielu autorów marzy o chwili, w której napiszą pod postem: „książka poszła do redakcji”, ja przez długi czas nie byłem pewien, czy już powinienem.
Dla Czytelnika to może brzmieć dziwnie. Przecież książka była gotowa. Można było ją wydać. Można było postawić kropkę, odhaczyć zadanie i przejść dalej.
Tylko że coś mi nie dawało spokoju.
Przez ten czas przepisałem drugi tom niemal od nowa. Nie poprawiałem przecinków. Nie przesuwałem akapitów. Nie łatałem dziur. Pisałem go jeszcze raz.
Był to czas obgryzania paznokci. Litry kawy zamieniły się w hektolitry. Były momenty zwątpienia, gdy zastanawiałem się, czy to wszystko ma sens. Czy warto poświęcać kolejne miesiące na coś, co przecież już istniało.
Dziś wiem, że było warto.
Bo książka, podobnie jak człowiek, nie powinna pozostawać taka sama, kiedy autor się zmienia.
Minął ponad rok od ukończenia pierwotnej wersji drugiego tomu. Przez ten czas nauczyłem się wielu rzeczy. O pisaniu. O bohaterach. O sobie.
I gdybym wypuścił tamtą wersję, miałbym poczucie, że oszukuję nie Czytelnika, ale samego siebie.
Dlatego dziś, z mieszanką ulgi, ekscytacji i odrobiny strachu, mogę napisać:
„Ścieżki Cienia” ruszyły w drogę.
Do redakcji.
Do składu.
Do korekty.
A potem — do drukarni.
Czy dałoby się jeszcze lepiej?
Pewnie tak.
Zawsze się da.
Ale w pewnym momencie książkę trzeba wypuścić z rąk i pozwolić jej żyć własnym życiem.
Ten moment właśnie nadszedł.
A skoro tak…
Zapraszam Cię do przedsprzedaży drugiego tomu „Plemienia Światła i Cienia”.
PS. Playlista do tomu II na YT: https://youtube.com/playlist?list=PLp_qHhq-2op0Cp3UwfONZ1FNZDghNN0sj&si=pUhF0zbWygsYA2uo