Zauważyłem pewien powtarzalny motyw.
Trudno mi wskazać artystę, który był naprawdę rozumiany w swoich czasach. Nie „kontrowersyjny”, nie „wyprzedzający epokę” w marketingowym sensie, tylko autentycznie niezrozumiany. Często dopiero pod koniec życia – a bywa, że dopiero po śmierci – pojawiał się język, którym dało się opisać jego twórczość.
I im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej myślę, że nie chodzi tu o genialność ani o romantyczny mit cierpiącego artysty. Chodzi o różnicę w wrażliwości.
Są ludzie, którzy czują intensywniej. Ich emocje są szersze, głębsze, bardziej zniuansowane. Dostrzegają wzorce w przyrodzie, w relacjach, w chaosie codzienności. Reagują na muzykę, obraz czy słowo w sposób, który dla innych bywa przesadą albo dziwactwem.
Problem nie polega na tym, że ktoś czuje „za dużo”.
Problem zaczyna się wtedy, gdy świat wokół czuje wyraźnie mniej.
Emocje potrzebują ujścia. Potrzebują odpowiedzi – niekoniecznie rozwiązania, raczej rezonansu. Jeśli go nie ma, emocje nie znikają. One szukają innych dróg.
I bardzo często tą drogą staje się sztuka.
Nie wierzę, że sztuka powstaje z nadmiaru czasu czy potrzeby autoprezentacji. Znacznie częściej wydaje mi się koniecznością regulacyjną. Gdy brakuje słów, pojawia się obraz. Gdy nie da się czegoś opowiedzieć, powstaje muzyka. Gdy nie ma komu powiedzieć – pisze się książkę.
Nieprzypadkowo najstarsza sztuka powstała w czasach, gdy język był skrajnie ubogi. Jak opisać transcendencję, lęk, obecność czegoś większego, mając kilkaset słów? Nie da się. Ale można to narysować. Albo wyśpiewać. Albo zatańczyć.
Ten mechanizm wcale nie zniknął. Do dziś wielu twórców mówi: „Nie umiem tego powiedzieć, dlatego to tworzę”.
Jest jeszcze jedna rzecz, która coraz mocniej zwraca moją uwagę. Osoby o dużej wrażliwości nie powinny być same. Nie chodzi mi o terapię (choć ta bywa potrzebna), tylko o kontakt z innymi ludźmi o podobnej strukturze emocjonalnej. Jak najwcześniej.
Nie po to, żeby się wzajemnie nakręcać, ale żeby:
- zobaczyć, że intensywność nie jest aberracją,
- doświadczyć, że ktoś „odbiera na tej samej częstotliwości”,
- regulować emocje nie w pojedynkę, ale w relacji.
Mam też poczucie, że na styku dwóch, trzech osób o wyjątkowej wrażliwości powstają rzeczy jakościowo inne. Nie jako suma talentów, tylko jako efekt rezonansu. Właśnie tam rodzą się przełomy, nowe języki, nowe formy.
I jeszcze jedno: takie relacje działają w obie strony. Ci, którzy są dalej w procesie radzenia sobie z emocjami, mogą zobaczyć w innych siebie sprzed roku czy dwóch. Bez wyższości. Z empatią. To tworzy coś w rodzaju lustra: widzę, skąd przyszedłem, patrząc na kogoś, kto dopiero się uczy.
Nie wiem, czy to, co opisuję, jest „prawdziwe” w sensie obiektywnym. To nie teoria ani badanie. To obserwacja i próba nazwania czegoś, co powtarza się zbyt często, by je ignorować.
Być może sztuka nie powstaje po to, by świat zachwycić.
Być może powstaje po to, by twórca nie musiał pęknąć w świecie, który nie zawsze potrafi odebrać to, co on czuje.
A jeśli ktoś się z tym nie zgodzi — tym lepiej. Właśnie wtedy zobaczę to z innego miejsca. Bez gwarancji, że właściwego. Ale chyba dokładnie o to chodzi.