Dawne społeczeństwa nie miały luksusu, który dziś uważamy za oczywisty. Nie mogły przetrwać bez wspólnoty. Nie ideowej, nie symbolicznej, tylko realnej – tej, która dzieliła jedzenie, pracę, opiekę i ryzyko. Samotna jednostka była w najlepszym razie efemeryczna, w najgorszym – martwa.
I co ciekawe: siłą tych wspólnot bardzo często była różnorodność. Nie jednolitość. Nie „czystość”. Różnorodność ról, temperamentów, pochodzeń, języków. Ktoś polował, ktoś leczył, ktoś pamiętał historie, ktoś zadawał pytania. Ktoś był szamanem – nie z tytułu, tylko z funkcji.
Patrząc na historię Polski sprzed 1918 roku, trudno w ogóle mówić o „typowym Polaku”. Szlachta nie uznawała chłopstwa za Polaków. Chłopi kojarzyli polskość z opresją dworu. Mieszczaństwo było pęknięte klasowo, językowo, religijnie. Do tego Żydzi, Niemcy, Rusini, Litwini, Ślązacy, Kaszubi – żyjący obok siebie, często w napięciu, czasem w konflikcie, ale we wspólnocie, która mimo wszystko trwała.
I ta wspólnota – nie jednorodna, nie idealna – przetrwała. Zabory. Pierwszą wojnę. Drugą wojnę światową. Komunizm. Jego upadek.
Aż w końcu natrafiła na przeciwnika, z którym nie potrafiła wygrać.
Korporację.
Wspólnota jest kiepskim klientem. Może dzielić się tym, co już ma. Może wytworzyć to, czego jej brakuje. Może obejść rynek relacją. Jednostka – nie. Jednostka jest idealnym konsumentem. Nie ma nic na własność: ani czasu, ani sensu, ani tożsamości. W pogoni za nimi zrobi wszystko, co jej się podsunie.
Żeby ten model działał, potrzebna jest anty-wspólnota. Rozproszona. Samotna. Skłócona. Jednostka przeciwko jednostce. Każdy osobno, każdy „sobie sterem”.
I wtedy wraca pogarda. Jako narzędzie.
Pogarda świetnie izoluje. Sprawia, że nie widzimy w drugim człowieku potencjalnego członka wspólnoty, tylko zagrożenie, konkurencję albo błąd systemu. „Źle czytasz”. „Źle słuchasz”. „Źle głosujesz”. „Źle myślisz”. Pogarda jest wygodna, bo zwalnia z relacji.
Dlatego tak mocno rezonuje we mnie fragment wystąpienia Olgi Tokarczuk o dolnośląskości. O ziemiach, które nie miały prawa się „udać”. O mieszance ludzi, języków, akcentów, pamięci. O tożsamości, która nie została dana, tylko została wypracowana. Nie przez czystość, lecz przez konieczność bycia razem.
Mój pradziadek prawdopodobnie nie mówił po polsku. Jeśli pochodził z okolic dzisiejszego Marciszowa, to był mieszkańcem Merzdorf im Riesengebirge. A jednak jego życie, praca, obecność są częścią tej ziemi tak samo jak moje. I nie widzę powodu, żeby tę ciągłość negować tylko dlatego, że nie pasuje do wygodnej narracji.
To prowadzi mnie do myśli, która wraca w różnych formach: człowieczeństwo nie jest stanem trwałym. Jest relacją. Sprawdzaniem się nawzajem. Wspólnota – w najlepszym wydaniu – jest właśnie takim obrzędem: ja sprawdzam ciebie, ty sprawdzasz mnie. Czy jeszcze widzimy w sobie ludzi.
Jeśli nie – wracamy do dżungli. Do instynktu, strachu, dominacji. Każdy z nas tam bywa. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynamy nazywać dżunglę cywilizacją, a pogardę – cnotą.
Pisanie, sztuka, opowieść – widzę dziś jako próbę podtrzymania wspólnoty w świecie, który uczy jednostkowości. Nie przez moralizowanie. Przez zadawanie pytań. Przez przypominanie, że tożsamość nie musi być ciasna, a różnorodność nie jest zagrożeniem, tylko warunkiem przetrwania.
Nie wiem, kim jesteśmy po tych wszystkich wojnach, przesiedleniach, narracjach i rynkach. Ale wiem jedno: wspólnota zawsze była silniejsza niż pogarda. I zawsze była dla niej zagrożeniem.
Może dlatego tak łatwo ją dziś rozmontować.
Fantastyczne spostrzerzenie. Przydalo by sie tez o wspolnocie ktora moze wywolac nacisk na jednostke i kiedy bywalo to ok a kiedy nie.