
No jest. W siedemdziesięciu procentach napisany.
Dokładniej: monodram.
I oczywiście nie skończyłem jeszcze jednego, a po głowie już chodzi mi następny. Najwyraźniej tak to u mnie działa — jeden projekt nie zdąży się porządnie narodzić, a kolejny już dobija się do drzwi.
Dlaczego akurat monodram? Bo spośród różnych form scenariuszowych to właśnie on ma chyba największą szansę na realizację. Minimalistyczna scenografia. Jedna aktorka. Niewielka przestrzeń. A jednocześnie cały świat do stworzenia na scenie.
Chcielibyście zobaczyć Ewelinę w teatrze?
Ja bardzo.
Okazuje się jednak, że jeśli chcę poważnie myśleć o wystawieniu tego tekstu, samo napisanie go może nie wystarczyć. Znacznie łatwiej zainteresować teatr nie obietnicą spektaklu, lecz zalążkiem gotowego projektu: tekstem i aktorką, która potrafi pokazać, że ta postać naprawdę żyje. Wtedy nie przychodzę wyłącznie jako autor z plikiem pod pachą. Przychodzę z czymś, co można już zobaczyć, usłyszeć i ocenić.
Monodram jest formą fascynującą, ale też bezlitośnie wymagającą.
Od autora — bo w tak minimalistycznej konstrukcji tekst musi unieść całość. Nie ma gdzie ukryć pustych zdań ani scen, które istnieją tylko po to, żeby połączyć jedną ważną chwilę z drugą.
Od aktorki — bo musi zagrać nie tylko postać, lecz także ludzi, których na scenie nie ma, i świat, którego widz nigdy nie zobaczy. Samym spojrzeniem, gestem, zmianą tonu głosu.
Od reżysera — bo nie wszystkie pauzy zapisane przez autora okażą się potrzebne. Trzeba wiedzieć, którą zostawić, którą skrócić, a gdzie pozwolić ciszy potrwać o kilka sekund dłużej. Czasem dodać jeden gest. Czasem zabrać trzy.
I to dopiero jest sztuka.
Na razie więc piszę. Potem przyjdzie czas na szukanie aktorki, pierwsze czytanie i sprawdzenie, czy Ewelina poza moją głową mówi równie mocnym głosem.
To jak — z kim widzę się kiedyś w teatrze?
