Wczoraj wieczorem ukończyłem „zdjęcia” do trzeciego tomu. W tej filmowej metaforze oznacza to, że Plemię Cienia uzyskało status: sto procent scen napisanych.

Metafora uwzględnia również to, że — podobnie jak przy filmie — projekt wchodzi teraz w fazę postprodukcji. Czekają mnie montaż, dodanie ewentualnych efektów i opracowanie dźwięku. Zwłaszcza to ostatnie, ponieważ kilka rozdziałów nie ma jeszcze zwyczajowego „utworu wiodącego”, a jedynie parę sugestii zapisanych na marginesie.

Potem przyjdzie czas na polerowanie — tak, aby połączenia między scenami tworzyły wrażenie monolitu, a nie chropowatego spawu położonego byle jak.

Pisanie powieści jeszcze nigdy nie wymagało ode mnie tylu decyzji. W pewnym sensie to dobrze. Dla powieści. Dla mnie trochę mniej, bo mam wrażenie, że wykorzystałem już cały limit decyzji na ten rok. I kawałek następnego.

Ale już teraz widzę, że było warto. Książka wyszła bardziej wymagająca, ale zarazem bardziej angażująca.

Podczas montażu sprawdzę jeszcze, czy kolejność scen jest właściwa. Bo — jak to już u mnie zazwyczaj — wydarzenia nie będą przedstawione chronologicznie. Nie jest to jednak zabieg z gatunku „sztuka dla sztuki”. W tej książce moje postacie błądzą. Byłbym nieuczciwy, gdybym nie pozwolił odbiorcy błądzić razem z nimi.

Po raz pierwszy robię to z pełną świadomością konsekwencji. We wcześniejszych książkach wyczuwałem to intuicyjnie. Tutaj świadomie wykorzystuję zdobytą wiedzę i wiem, jaki efekt chcę dzięki niej osiągnąć.

Zresztą mój gatunek — będący miksem kilku innych — trochę wymusza taki zabieg. Prosta chronologia, prowadząca od A przez B do C, odbiera część możliwości zaskakiwania czytelnika. A to cenny środek, dlatego w kolejnych książkach postaram się nim nie szafować.

Wykorzystałem tutaj również kilka innych technik, których świadome stosowanie nadal jest dla mnie czymś nowym. Ponieważ jednak widzę ich efekt, zamierzam dalej nad nimi pracować. Może w projektach pobocznych — mam ich w końcu jeszcze około dziesięciu. A może już w kolejnym tomie.

Teraz powinienem zająć się ważnym projektem: odpoczynkiem.

Ale nie umiem.

Napisałem już otwarcie czwartego tomu. Wiem, jak przemontuję sceny ze starej wersji i jak napiszę je od nowa w kontekście tego, co zmieniło się w obecnej wersji tomu trzeciego.

Nauczyłem się tutaj także, jak budować grozę bez strachów wyskakujących z pudełka. Są w tej książce rzeczy, które wyglądają zupełnie zwyczajnie, a mimo to wywołują uczucie, jakby ktoś położył człowiekowi kawałek lodu na kręgosłupie. Wiem, że może nie jest to jeszcze poziom mistrzowski, ale będę zadowolony, jeśli w kolejnych książkach przynajmniej nie zejdę poniżej poziomu Plemienia Cienia.

Z pierwszych dwóch tomów jestem dumny jako autor. Trzeci pokazuje mi jednak, że zmuszanie się do poprawiania tego, co już wydawało się dobre, jest właściwym kierunkiem.

Wracając po raz ostatni do filmowej metafory: pierwszy tom jest jak pilot serialu. Pokazuje świat opowieści w taki sposób, żeby nie zmęczyć widza wykładem, i daje pojęcie o charakterach bohaterów. Drugi tom to właściwy pierwszy odcinek. Coś się wydarza, poznajemy przyczyny i obserwujemy reakcje postaci.

A potem przychodzi tom trzeci.

Właściwy cios, po którym świat opowieści wybucha obserwatorowi prosto w twarz.

I właśnie o to chodzi mi w pisaniu.

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x