Alistair MacLean – punkt wyjścia
Pierwszy ulubiony autor. Fascynacja chłopięca, czysta przygoda – morze, zimno, sabotaż, milczenie pod presją. Był tym, co sprawiło, że czytanie stało się przygodą, nie obowiązkiem. Ale też… zamknął mnie na inne światy. Zbyt długo.
Terry Goodkind – wytrych do fantastyki
Nie miałem sięgać po fantasy. To miały być smoki, bajki, dzieciństwo. A potem – przypadek. Goodkind. Miecz Prawdy. I wszystko się otwiera. Oto świat, gdzie magia znaczy coś więcej. Gdzie moralność ma cenę. Gdzie bohater boli. Pierwszy wyłom.
Andrzej Sapkowski – późne wejście, szybki zachwyt
Wiedźmin długo mnie omijał. Parę prób, odpuszczeń. Aż w końcu: drugi tom sagi. Nie chronologicznie, nie „jak trzeba”. Ale wystarczyło. Spadły mi kapcie. Styl, ciętość dialogów, melancholia. Potem trylogia husycka – i znowu zmiana perspektywy. Wiedźmin wydał się przy niej… jak szkic.
Neil Gaiman – bajka, która rozwala porządek
Kiedy sądziłem, że pora na „poważną literaturę” – wpadł Gwiezdny pył. I nagle baśń okazała się mądrzejsza niż wszystko. Potem przyszli Amerykańscy bogowie, Nigdziebądź – i już wiedziałem: rzeczywistość ma warstwy. I nie muszą się tłumaczyć.
Książka, która przypomniała, że mogę
Nie pamiętam tytułu. I dobrze – bo to była zła książka. Miała być kontynuacją Mistrza i Małgorzaty, napisana przez jakiegoś rosyjskiego – powiedzmy – pisarza. Nie dało się tego czytać. Kalka, imitacja, puste zdania udające głębię. Zamknąłem ją z niesmakiem. Ale zanim odłożyłem, pomyślałem: ja potrafiłbym to zrobić lepiej.
To był ten moment. Mały bunt. Przebłysk wiary w siebie. Cichy powrót marzenia, które długo spało. Marzenia, które narodziło się wśród książek rodziców, w zapachu drukarni, w szeptach dzieciństwa.
Ale paradoksalnie – właśnie ten pomysł, że mogę sam napisać dalszy ciąg Bułhakowa, zablokował mnie na kilkanaście lat. Chciałem zmierzyć się z arcydziełem literatury. I choć zrobiłem pierwsze szkice, to zdania wychodziły nieporadne, zbyt małe wobec tej legendy.
Dopiero po latach ktoś powiedział mi: „Przecież nie musisz zaczynać od Bułhakowa. Nie musisz pisać jak on.” I wtedy otworzyłem nowy plik tekstowy. Nadałem mu nazwę: „Nie-Bułhakow.”
To był początek. Nie koniec marzenia – ale jego ratunek.