O stawianiu pytań zamiast budowania piedestału
Coraz częściej myślę, że pisanie książek nie predestynuje do bycia mędrcem, filozofem ani kimś, kto „wie lepiej”. Jeśli już do czegokolwiek, to raczej do roli szamana – rozumianej nie jako stanowisko czy tytuł, lecz jako funkcja w społeczności. O którą ten, co ją ma nie prosił
Szaman nie stoi wyżej.
Nie naucza.
Nie wygłasza prawd ostatecznych. Nie staje się nim, bo chce.
Szaman zadaje pytania, których inni nie chcą zadawać, bo są zbyt proste, zbyt ryzykowne albo zbyt mocno godzą w ego. I bardzo często sam nie zna na nie odpowiedzi.
W dawnych kulturach szaman był tym, który schodził w chaos – do dżungli, do ciemności, do lęku, do instynktu – a potem wracał i opowiadał, co zobaczył. Nie po to, by wspólnotę pouczać, lecz po to, by mogła się w tej opowieści przejrzeć.
Pisanie coraz bardziej widzę właśnie tak.
Nie jako budowanie systemów myślowych, nie jako stawanie na piedestale, ale jako zejście. Dotknięcie rzeczy niewygodnych. Błahych. Ryzykownych. Takich, które łatwo wyśmiać, a trudno unieść.
Jedno z takich pytań wraca do mnie uparcie:
Co właściwie odróżnia nas od zwierzyny w dżungli?
Nie w sensie biologicznym.
Nie intelektualnym.
Egzystencjalnym.
Bo jeśli spojrzeć na to bez pocieszających narracji, można postawić tezę bardzo niekomfortową: człowieczeństwo nie jest nam dane raz na zawsze.
Puma urodzona pumą nie przestaje nią być.
Wilk nie musi codziennie sprawdzać, czy jest wilkiem.
Ale człowiek – tak.
Historia pokazuje aż nadto wyraźnie, że człowiek może przestać być człowiekiem, pozostając tym samym gatunkiem. Nie przez potworność, lecz przez brak refleksji. Przez zaprzestanie sprawdzania siebie.
W tym sensie człowieczeństwo jest procesem, nie statusem. Czymś, co się wydarza między ludźmi, a nie wewnątrz jednostki w izolacji.
Dlatego coraz bliższa staje mi się myśl o potrzebie obrzędu. Nie w sensie religijnym, ale symbolicznym. Obrzędu sprawdzania się nawzajem.
Wyobrażam sobie coś na kształt dawnego iskania. Gestu prostego, intymnego, pozbawionego patosu.
Ja sprawdzam ciebie.
Ty sprawdzasz mnie.
Nie pod kątem poglądów.
Nie gustu.
Nie moralnej czystości. Bez ocen. Bez moralizowania. Bez poczucia wyższości. Ja zdałem, a ty nie.
Sprawdzamy, czy:
- widzimy w sobie ludzi, a nie narzędzia,
- potrafimy powstrzymać się przed pogardą,
- jesteśmy w stanie uznać cudzą kruchość, nawet jeśli nas drażni.
A jeśli nie?
W tej szamańskiej przypowieści nie ma potępienia. Nie ma piekła. Nie ma nieba. Jest dżungla. Miejsce przejścia. Przestrzeń, w której rządzą instynkty: strach, agresja, dominacja, plemienność. Każdy z nas tam bywa. Różnica polega nie na tym, kto tam wchodzi, lecz czy potrafi wrócić.
I czy ktoś jeszcze czeka, żeby sprawdzić go ponownie.
W tym sensie pisarz jako szaman nie mówi: „oto prawda”.
Raczej mówi:
„Zobacz, tu jest pytanie. Ja się o nie potknąłem. Może ty też.”
Pisanie nie jest wtedy aktem wyższości, lecz aktem ryzyka. Zgody na to, że odpowiedzi mogą się rozpaść w cudzych oczach. Że ktoś powie: nie zgadzam się. I bardzo dobrze – bo wtedy pytanie zaczyna żyć.
Może właśnie dlatego literatura, która coś znaczy, rzadko bywa wygodna. Nie dlatego, że jest mądra, lecz dlatego, że nie daje spokoju. Zmusza do sprawdzania się jeszcze raz. W relacji. W spojrzeniu drugiego.
Jeśli tak na to spojrzeć, to pisanie nie służy budowaniu pomników. Służy podtrzymywaniu ognia. Takiego, przy którym można usiąść i zapytać:
Czy dziś jeszcze jestem człowiekiem?
I nie mieć pewności, jaka padnie odpowiedź.