W ramach odpoczynku od wydarzeń drugiego tomu, od poprawiania ewentualnych wtop językowych i drobnych już na tym etapie nieścisłości, znalazłem sobie inne zajęcie.

Tak. Piszę od nowa tom trzeci.

Nie przepisuję. Nie dopisuję. Nie poprawiam.

Piszę od nowa.

I daje mi to masę frajdy.

Przede wszystkim dlatego, że na scenę wreszcie wchodzi postać, na którą czekałem od bardzo dawna.

Uważny czytelnik mógł już zauważyć ją w tomie pierwszym i drugim. Była tam jednak jedynie elementem tła. Cieniem tańczącym na ścianie. Przelotnym ruchem na obrzeżach wydarzeń. W drugim tomie pojawiły się już pierwsze wyraźniejsze sygnały jej nadejścia.

W tomie trzecim nie będzie już żadnych sygnałów.

Wchodzi z buta. Razem z framugą, drzwiami i sporym kawałkiem ściany.

Eliza Richter.

Zapamiętaj, drogi Czytelniku, to imię i nazwisko.

Bo Eliza niczego nie robi normalnie. Niczego nie robi po prostu. Wszystko robi po elizowemu.

I właśnie to jest w niej najpiękniejsze.

To prawdopodobnie najbardziej wielowymiarowa postać, jaką napisałem do tej pory. W pierwotnej wersji pojawiała się gwałtownie, popełniała błędy, wpadała w kłopoty i mimo wszystko dawała się lubić.

W nowej wersji mam nadzieję zostawić Cię z czymś więcej niż sympatią.

Z chwilą ciszy po zamknięciu książki.

Z lekkim grymasem zadumy.

I z uporczywym pytaniem:

„Co tu się właściwie do cholery wydarzyło?”

Bo Eliza jest kimś, na kogo warto było czekać przez dwa tomy.

Na razie musisz mi uwierzyć na słowo.

Naprawdę warto.

5 1 głos
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x