
Strona przez kilka dni nie działała, ale już wszystko jest w porządku.
Na razie.
Tymczasem nastąpił powrót do rzeczywistości pourlopowej. To zawsze trochę boli.
Myślę, że współczesna szybkość podróżowania daje nam wiele wygody, ale jednocześnie coś odbiera. Dwa tysiące kilometrów w trzy godziny? Proszę bardzo. Tyle że właściwie nie jesteśmy w stanie poczuć tej podróży. Nie tak jak kiedyś.
Nie, to nie jest wpis z cyklu: „Kiedyś to były czasy, dziś już nie ma czasów”. Są. Po prostu trochę inne.
Przed epoką lotnictwa podróż na Majorkę i z powrotem zajęłaby co najmniej kilka dni, jeśli nie tygodni. Nie żeby mi tego brakowało. Nie cierpię nawet tych kilku godzin spędzanych w samolocie. Czas przeznaczony na przemieszczanie się zazwyczaj doprowadza mnie do szału. Najchętniej korzystałbym z portali. Wchodzę we Wrocławiu, wychodzę na Majorce. Bez odprawy, pasów bezpieczeństwa i człowieka przede mną, który postanowił rozłożyć fotel na moje kolana.
Ale tak się nie da.
Z drugiej strony zastanawiam się, czy tygodniowa podróż w jedną stronę nie przypominałaby mniej wyrywania zęba, a bardziej kuracji dla nerwowo chorego. Byłbym skazany na towarzystwo ludzi zmierzających w tym samym kierunku. Musiałbym zawierać nowe znajomości. Za oknem powoli zmieniałby się krajobraz. Cel nie pojawiałby się nagle, po wyjściu z metalowej rury zaparkowanej na płycie lotniska.
Sama podróż stałaby się stanem przejściowym. Czasem na pozostawienie jednego miejsca i stopniowe przyzwyczajenie się do następnego.
Jeszcze raz podkreślam: nie ma w tym resentymentu. Ogólnie nie cierpię podróżować. Zastanawiam się tylko, czy dawniej nie cierpiałbym tego trochę mniej, czy może raczej zwariowałbym po trzech dniach i już nigdy nie wyjechał dalej niż do Czech.
Być może jednak pewne stany przejściowe są nam potrzebne.
Po powrocie czekał na mnie trzeci tom. W mniej więcej osiemdziesięciu procentach tekstu mam już oznaczone miejsca wymagające poprawek. Kiedy przejdę przez całość, przeczytam książkę jeszcze raz, wyłapię to, co wcześniej mi umknęło, i odeślę tekst do redaktorki. Mam nadzieję, że tej samej, która pracowała przy drugim tomie.
Czwarty tom ma już zarysowaną strukturę i jakieś dwadzieścia procent ciała. Wiem jednak, że musi poczekać.
Nowe postacie walczą w nim o miejsce ze starymi. Niektóre wątki domagają się rozwinięcia, inne ograniczenia. Każdy gest i każde słowo muszą zgadzać się z tym, co wydarzyło się wcześniej. A wcześniej wydarzyło się już bardzo dużo.
Potrzebuję więc stanu przejściowego również pomiędzy tymi książkami.
Kiedy redaktorka będzie się biedzić nad moimi wypocinami, usiądę do projektu, który być może przesunie moją twórczość w nieco mniej niszowe rejony. Roboczy tytuł już istnieje, ale na razie go nie zdradzę. Publicznie powiem tylko, że jest to Projekt nr 18.
Zanim jednak zacznę go pisać, muszę trochę poczytać. Poniżej zostawiam listę lektur i materiałów, z którymi chcę się zapoznać. Część z nich znam, część dopiero na mnie czeka. Razem powinny dać pewne pojęcie o tym, dokąd zmierza nowa historia.
Choć niekoniecznie najkrótszą drogą.
Lista lektur i materiałów:
- Stanisław Lem — Głos Pana
- Ted Chiang — Piekło to nieobecność Boga
- Alan Weisman — Świat bez nas
- George R. Stewart — Ziemia trwa
- Morris West — Sandały rybaka
- Jan Paweł II — Universi Dominici Gregis
- Robert Harris — Konklawe
- Cormac McCarthy — Droga
- José Saramago — Miasto ślepców
- John Wyndham — Dzień tryfidów
- Hans Jonas — Religia gnozy
- Księga Hioba
- Fiodor Dostojewski — Bracia Karamazow
- Walter M. Miller Jr. — Kantyczka dla Leibowitza
- Max Brooks — World War Z
- Emily St. John Mandel — Stacja Jedenaście
- Tabula Peutingeriana
- Klaudiusz Ptolemeusz — Geografia
- Notitia Dignitatum
- Morris West — The Clowns of God
- John Thavis — The Vatican Diaries
Jak widać, będzie w tym trochę końca świata, trochę religii, trochę dawnych map i trochę Watykanu.
Czyli zapowiada się całkiem spokojna opowieść.