Plik z książką trafił do drukarni. Dziś opłacam proformę.
Pełen sukces? Jeszcze nie. Pełen sukces ogłoszę, gdy odbiorę gotowe egzemplarze, otworzę pierwszy karton i przekonam się, że wszystko znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno.
Ale można już powiedzieć jedno: „Ścieżki Cienia” są na ostatnim etapie drogi w Twoje ręce, Czytelniku.
A co z kolejnym tomem — „Plemieniem Cienia”?
Tutaj sprawy zrobiły się ciekawe.
Okazuje się, że postać, która w końcu wchodzi mocno z buta na scenę, jest zupełnie inna, niż sobie wymyśliłem. O wiele ciekawsza. I jeszcze bardziej upierdliwa, jeśli chodzi o sceny, które przychodzą do mnie tuż przed zaśnięciem.
Ostatnie z nich pisałem po północy, bo właśnie wtedy postanowiła mi się pokazać. W nowym świetle.
Przywykłem już do pyskowania Eweliny, milczenia Mariki i znaczących spojrzeń Liliany — takich, które potrafią złapać za serce. Wobec niej pozostaję jednak bezbronny.
Choć może nie całkiem.
Każdy nowy fragment tego płótna najpierw układam, potem zrywam i układam od nowa. Ma to swoje plusy: pracę nad warsztatem i coraz lepsze poznawanie postaci. Ma też minusy: zmęczenie oraz narastające poczucie zagubienia we własnej fabule.
Każdy nowy detal wpływa na kilka innych. Nagle okazuje się, że jedna niewielka poprawka wymaga dopisania albo usunięcia pojedynczych zdań w kilku kolejnych rozdziałach. Pociągam za jedną nitkę, a porusza się pół płótna.
Ale chyba żadna z dotychczasowych postaci nie miała w sobie tyle mięsa, ile ma właśnie ona. Chociaż czasem odnoszę wrażenie, że to ciało wyrywam z samego siebie.
W ogólnym rozrachunku — chyba warto.
Przez błąd popełniony przy rejestrowaniu ISBN niechcący wyznaczyłem sobie termin zakończenia prac nad „Plemieniem Cienia”. I chyba jest to kolejna dobra rzecz, która na pierwszy rzut oka wcale na taką nie wygląda.
Mam jednak nadzieję, że skończę na długo przed tym terminem.
Bo nie mogę się już doczekać, żeby ją Wam pokazać.
Stay tuned.