
Powinienem kończyć książkę. To wydaje się rozsądną kolejnością: skończyć jedną rzecz, potem zabrać się za następną.
Więc piszę wiersze.
Próbuję też ukończyć sztukę teatralną, rozważam małe wydarzenie dla miłośników fantastyki, a ostatnio zastanawiam się, jak docierać z kulturą do ludzi. Do tych, którzy już jej szukają, ale również do tych, którym może brakuje impulsu. Polecenia książki. Ciekawej rozmowy. Informacji, że za rogiem dzieje się coś, na co mogliby mieć ochotę.
Redaktor naczelny Magazynu „Biały Kruk” nazwał to celnie:
„To się nazywa «Chorobliwa chęć robienia fajnych rzeczy, dużo i na raz». Wiem, bo sam to mam xD”.
Poczułem się rozpoznany. Zdemaskowany nawet.
Bo pomysły mają tę irytującą cechę, że przychodzą bez pytania o wolny termin. Nie interesuje ich otwarty dokument z powieścią ani lista rzeczy, które miałem skończyć w zeszłym tygodniu. Przychodzą i zaczynają gadać. A ja, zamiast zapisać dwa zdania i wrócić do pracy, już zastanawiam się, kogo zaprosić, gdzie to zrobić i czy dałoby się połączyć z czymś jeszcze.
Oczywiście w głowie wszystko idzie znakomicie. Ludzie mają czas, terminy pasują, sprzęt działa. Nawet ja jestem dobrze zorganizowany. To ostatnie zdradza, że mamy do czynienia z fantastyką.
Widzę w tym również pułapkę. Nowy pomysł daje natychmiastową przyjemność. Kończenie czegoś wymaga cierpliwości, poprawek i siedzenia nad fragmentem, który za piątym podejściem nadal nie działa. Łatwo pomylić twórczy zapał z elegancką metodą odkładania trudniejszej pracy. Nie wykluczam, że czasem właśnie to robię.
Ale te pomysły mają wspólny kierunek. Wiersz, książka, teatr, spotkanie — w każdym przypadku interesuje mnie moment, w którym coś stworzonego dociera do drugiego człowieka. Wywołuje emocję, prowokuje pytanie, zostaje z nim na chwilę albo na dłużej.
Coraz częściej myślę też o ludziach, którzy mogliby znaleźć w kulturze coś dla siebie, tylko jeszcze na to nie trafili. Nie każdy śledzi zapowiedzi wydawnicze i harmonogramy bibliotek. Nie każdy wie, że można przyjść na spotkanie autorskie, nie przeczytawszy wcześniej wszystkich książek gościa. Czasem wystarczy jedno dobre zaproszenie. Bez egzaminu z oczytania przy wejściu.
Chciałbym próbować robić takie rzeczy. Mam tylko jeden kalendarz i stanowczo zbyt dużą łatwość dopisywania do niego kolejnych planów.
Nie wiem jeszcze, które z nich uda się zrealizować. Na razie próbuję odróżnić te, którym warto poświęcić czas, od tych, które powinny grzecznie poczekać w notatniku.
A książkę naprawdę powinienem kończyć.
Zaraz. Tylko zapiszę jeszcze jedną rzecz.
PS. Tytuł oraz cytat pochodzą z rzeczywistej rozmowy z Redaktorem naczelnym Magazynu „Biały Kruk”.