Pisanie nie zawsze jest przyjemne.
To zdanie brzmi banalnie, dopóki nie trzeba usiąść przed ekranem i patrzeć, jak ulubiona postać wije się jak robak na stole sekcyjnym.
Wiem, że nie istnieje.
Wiem, że nie ma ciała, które naprawdę boli. Nie ma krwi. Nie ma stołu. Nie ma lekarzy, którzy próbują ją uratować. Jest tylko tekst, kilka zdań, obraz w mojej głowie i kursor migający w miejscu, w którym powinienem napisać kolejne słowo.
A jednak wcale nie jest łatwo.
Bo jeśli chcę, żeby scena zadziałała, nie mogę zatrzymać się w połowie. Nie mogę oszczędzić bohaterki tylko dlatego, że ją lubię. Muszę doprowadzić ją na skraj. Czasem jeszcze trochę dalej. Muszę wiedzieć, gdzie zaboli ją najbardziej, i właśnie tam skierować opowieść.
Nie dlatego, że lubię zadawać jej cierpienie.
Dlatego, że inaczej wszystko będzie fałszywe.
Ładna scena nie zawsze jest sceną przyjemną. Czasem „ładnie” oznacza: prawdziwie. Bez wygodnego odwrotu, bez łagodnego cięcia przed najgorszym momentem, bez zasłaniania rany ręką i udawania, że nie jest głęboka.
I wtedy pojawia się coś, co roboczo nazywam emocjonalną krwią.
Nie widać jej na podłodze. Nie zostawia plam na ubraniu. A mimo to jest lepka, śliska i zostaje na dłoniach.
Piszesz scenę, zamykasz dokument, idziesz zrobić kawę, ale nadal ją czujesz. Wracasz do zwyczajnych rzeczy, a gdzieś pod nimi wciąż leży obraz postaci, którą właśnie doprowadziłeś do granicy wytrzymałości.
Czasem naprawdę chce się przestać.
Napisać inną scenę. Otworzyć inny projekt. Zająć się korektą, opisem pokoju, pogodą, czymkolwiek, co nie wymaga patrzenia, jak ktoś fikcyjny cierpi przez decyzje, które sam mu narzuciłeś.
Tylko że nie można.
Nie dlatego, że bohaterka tego potrzebuje. Postacie niczego nie potrzebują. To my potrzebujemy wierzyć, że potrzebują.
Nie można przestać, bo niedokończona scena byłaby jeszcze gorsza. Zostawiłaby cierpienie bez znaczenia, bez konsekwencji, bez punktu, do którego miało prowadzić.
Więc piszę dalej.
Czasem wolno. Czasem jedno zdanie, potem przerwa. Czasem cofnięcie się o kilka akapitów, bo jednak przesadziłem. Czasem przeciwnie — odkrycie, że nadal próbuję ją oszczędzić i przez to całość nie działa.
To dziwna odpowiedzialność.
Najpierw tworzysz człowieka z kilku cech, paru wspomnień i sposobu mówienia. Potem ten człowiek zaczyna być dla ciebie ważny. A na końcu musisz zrobić mu krzywdę, ponieważ tylko wtedy opowieść będzie uczciwa.
Wiesz, że to fikcja.
Wiesz, że możesz zamknąć plik i nic złego naprawdę się nie wydarzy.
Ale emocje nie zawsze są szczególnie zainteresowane tym rozróżnieniem.
I chyba właśnie dlatego warto pisać dalej.
Bo jeśli autor niczego nie czuje, prowadząc postać na skraj, trudno oczekiwać, że poczuje coś czytelnik.
Postać zaczyna żyć nie wtedy, gdy dostaje imię, wygląd i historię. Zaczyna żyć wtedy, gdy autor nie może już zrobić z nią wszystkiego.
Kiedy wie, że Ewelina nigdy nie wypiłaby piwa z sokiem, choć nigdzie wcześniej tego nie zapisał.
Warstw jest już tyle, że postać nabiera objętości. Nie stoi przede mną opis Eweliny. Stoi Ewelina — i patrzy, czy znów każę jej zrobić coś, czego nigdy by nie zrobiła.
A teraz muszę tę postać obrać jak cebulę. Warstwa po warstwie, żeby pokazać, co jest w środku.
I trochę pieką mnie oczy.
Jak to przy cebuli.
