
W powszechnej świadomości funkcjonuje stereotyp pisarza siedzącego w ogrodzie przy maszynie do pisania i filiżance kawy. Obraz jest sielski, światło idealne — wszystko wygląda niczym rolka z Instagrama.
Tyle że, podobnie jak rolka, ma z rzeczywistością niewiele wspólnego.
Nie znaczy to, że przenigdy nie pisałem w ogrodzie albo przy kawie. Bywało i tak. Nawet namiastka maszyny do pisania się zgadza — mam specjalną klawiaturę do tabletu, która świetnie ją udaje.
Ale to tylko obraz. Złudzenie. Gra świateł.
Znacznie częściej siedzę w niezbyt wygodnej pozycji przed komputerem. Owszem, z kubkiem kawy, bo bez tego się nie da. Nie ma w tym jednak ani grama instagramowego romantyzmu. Jest za to usilna chęć wyrzucenia z głowy scen, które od kilku godzin obijają się o jej wewnętrzne ściany.
Opowieści przychodzą do mnie w formie obrazów. Scen. Krótkich urywków filmowych. Czasem dialogu rozgrywającego się tak wyraźnie, jakby ktoś naprawdę prowadził rozmowę tuż obok mnie.
A ja robię wszystko, żeby tego nie zgubić. Zapisać jak najwięcej. Utrwalić, zanim przepadnie.
Często ścigam się z czasem, ponieważ to, co przychodzi, nie pyta mnie o porę dnia ani o właściwą kolejność. Nieraz pojawia się kilka obrazów naraz i muszę zamienić jak najwięcej z nich w litery, zanim zupełnie wyblakną w pamięci.
Czasem pochodzą z dwóch albo trzech różnych projektów. Widzę postacie z cyklu Plemienia, a po chwili zjawia się Gaius albo Damla, Krzysztof Pater, Lucjusz. Albo ktoś jeszcze inny, kto właśnie postanowił upomnieć się o swoją historię.
I wtedy czuję frustrację, że nie potrafię pisać równie szybko, jak myślę.
Pewnie pomyślisz, Drogi Czytelniku: przecież istnieją notatki głosowe.
Otóż nie.
Próbowałem. Nawet kilka razy. U mnie to się nie sprawdza. Tekst, który na wejściu nie przyjmuje postaci liter, rozsypuje się. Pisanie wymusza określone ograniczenia. Zdanie musi być logiczne, sensowne i spójne. Mowa niekoniecznie taka jest. Pozwala na skróty, niedopowiedzenia i przeskoki, które wydają się oczywiste w chwili wypowiadania, ale kilka godzin później nie znaczą już nic.
To trochę jak z malowaniem obrazu. Jest płótno, rama, podkład i kolejne warstwy. Trzeba zdecydować, skąd pada światło i jakiej użyć gamy kolorów.
Tekst jest dla mnie tym samym. Płótnem.
Tak, tak. Piszę, bo nie umiem malować.
Problem w tym, że obrazy pojawiają się także wtedy, kiedy akurat ich nie chcę. Albo nie mogę się nimi zająć. Nie pytają o zgodę ani o to, czy mam wolną chwilę.
Dlatego czasami czuję, jakbym nosił w głowie dodatkową warstwę rzeczywistości, nakładającą się na tę dostępną dla wszystkich. Kiedy ktoś w miejscu publicznym o coś mnie pyta, a ja nie odpowiadam od razu, czasem dzieje się tak dlatego, że muszę się przestawić.
Z widoku 4D na zwykłe 3D.
Największą bolączką pozostaje jednak to, że obrazy najchętniej przemawiają do mnie na granicy jawy i snu. Kiedy próbuję zasnąć, zmęczony, właśnie wtedy postacie zaczynają harcować w mojej głowie.
Mam więc wybór: zignorować to, co mówią, albo zrobić choćby kilka notatek, żeby ocalić jak najwięcej.
Często do późna w nocy.
Oczywiście jest też jasna strona medalu — ludzie, którzy podali mi pomocną dłoń…
Tak. Wiem.
Musiałem.