Czasem zastanawiam się, co dawny ja powiedziałby na widok mnie dzisiejszego. W drugą stronę niespecjalnie muszę się zastanawiać. Dzisiejszy ja miałby temu dawnemu całkiem sporo do powiedzenia. Nie wiem tylko, czy tamten chciałby słuchać.

Widzę za to wyraźnie, jak wiele rzeczy, które wydawały mi się wówczas destrukcyjne, ostatecznie doprowadziło mnie tutaj.

Mając osiemnaście, dwadzieścia czy dwadzieścia pięć lat, miałem własny system wartości. Przekonań. „Wiedzy” o tym, jak działa świat. Potem stawałem wobec sytuacji albo osoby, która bezlitośnie obracała moje fundamenty w gruz. Nie bacząc na to, ile czasu i wysiłku włożyłem w ich postawienie.

Dziś jestem pewien właściwie tylko jednego: ściana, do której doszedłem, nie musi być ostatnią. Być może za nią znajduje się coś więcej.

Tyle że za tą pewnością stoi cały szereg chwil, w których nie byłem pewien niczego. Stałem po kolana w gruzie i nagle odkrywałem, że coś, co brałem za kamienny mur, dla kogoś innego było tylko papierowym shōji. Wystarczyło jedno pchnięcie, aby przejść dalej.

Bywało również odwrotnie. Tam, gdzie spodziewałem się lekkiej przegrody, przez którą bez trudu przejdę, rozbijałem się o kamienną ścianę. Moje wyobrażenie o konstrukcji nie miało większego znaczenia. Ściana nie była tym, czym chciałem, żeby była.

Dziś myślę, że powinienem być wdzięczny przynajmniej niektórym osobom, które mi to pokazały.

Nie wszystkim. Nie każda osoba, która burzy nasze fundamenty, ma rację. Nie każda robi to dla naszego dobra. Dobry skutek nie usprawiedliwia złej metody. Niektórym jestem więc wdzięczny za skutek, nie za sposób.

Pokazali mi jednak, że konstrukcja, z której byłem tak dumny, nie miała racji bytu. Przynajmniej nie na dłuższą metę. Że coś postawiłem krzywo, na niewłaściwym podłożu albo z materiałów, których trwałość istniała głównie w mojej wyobraźni.

Zadowolony z siebie jak uczeń podstawówki, który pierwszy skończył zadanie, nie zauważałem, że zrobiłem je źle.

Dlatego czasem warto spotkać na swojej drodze kogoś, kto rozwali ścianę naszych przekonań, wiary albo ułudy porządku. Nie po to, abyśmy już zawsze stali po kolana w gruzie. Po to, żebyśmy mogli przyjrzeć się temu, co zostało, i zdecydować, z których kamieni naprawdę warto budować ponownie.

Dawny ja zapewne nie poznałby dzisiejszego domu.

Ale może rozpoznałby w nim kilka własnych kamieni.

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x