
Trzeci tom ma już około osiemdziesięciu procent planowanej objętości. Nie jest kolejną wersją tej pierwotnej książki, napisanej w szale tworzenia. Dziś to już dwie różne opowieści, które łączą właściwie tylko główne bohaterki i część osi fabularnej.
Są też dla mnie potwierdzeniem, że praca nad warsztatem naprawdę ma znaczenie.
Stara wersja już mnie nie cieszy. Przeciwnie — najczęściej frustruje. Zdarzają się momenty, w których czytam własny tekst i pytam:
— Kto to, k…, napisał?
Jeśli mam być szczery, najchętniej bym tę wersję spalił.
Nowa też ma wady. To nieuniknione. Może za trzy albo cztery książki będę w stanie od ręki tworzyć arcydzieła. Dziś jeszcze nie. Ale bez pracy, którą wkładam w pisanie teraz, owo „od ręki” może nie nadejść nigdy.
Na drugim końcu skali znajduje się powtarzanie tego, co już umiem: tych samych postaci, rozwiązań i emocji, jedynie w nieco zmienionych dekoracjach. Pisanie książek, które niemal niczym się od siebie nie różnią i znikają z pamięci chwilę po odłożeniu na półkę.
Nie chcę tak pisać.
Kiedy fabuła mocno się zmienia, połowę pracy stanowi podejmowanie decyzji. Nie tylko: co napisać? Przede wszystkim: jak to napisać? Jak poprowadzić postać, żeby coś po niej zostało? Jak sprawić, aby ktoś, kto pojawił się zaledwie dwie albo trzy strony wcześniej, potrafił skraść czytelnikowi serce? I jak osiągnąć to bez sięgania po najprostsze klisze i tanie chwyty?
Bo w trzecim tomie pojawiają się nowe postacie. Oprócz mojej ulubionej, której cień można było dostrzec już w pierwszej części — oto jedna z korzyści pisania kilku tomów naprzód, jeszcze przed wydaniem pierwszego — będzie ich kilka.
Jedna z nich „urodziła się” w samolocie, podczas mojego lotu na wakacje. Zamiast słuchać prezentacji kosmetyków dostępnych w sprzedaży pokładowej, zrobiłem jej pierwszy szkic. Mam nadzieję, Czytelniku, że sam ocenisz, czy dobrze wykorzystałem ten czas.
I jeszcze jedno.
Po raz pierwszy czuję żal, że książka zmierza ku końcowi. Nie chcę jeszcze z niej wychodzić.
Wiem przecież, że te postacie powrócą. Gdy tylko skończę pisać od nowa tom trzeci, siadam do czwartego. Będą kolejne wydarzenia, konflikty i przygody. A jednak mam wewnętrzne przeczucie, że to już nie będzie dokładnie to samo.
Nowe postacie przestaną być nowe. Pierwsza fascynacja ustąpi miejsca znajomości. Nie będę już odkrywał ich po raz pierwszy — zacznę sprawdzać, kim stają się później.
Może właśnie na tym polega następne wyzwanie?
”Liliana znała tę minę. Ewelina miała ją wtedy, gdy odwróciła dziewiątki na tablicy i przez pięć minut udawała, że rozwiązała problem końca świata”.