
Od dwóch dni rozbieram Klub Dumasa Arturo Pérez-Revertego na warstwy. Jak cebulę. Zdejmuję jedną, pod nią znajduję następną, a potem odkrywam, że szczegół, który wcześniej uznałem za dekorację, łączy się z czymś oddalonym o sto stron.
To była moja druga lektura tej powieści. Pierwszy raz przeczytałem ją po obejrzeniu Dziewiątych wrót Romana Polańskiego. I niestety nie pamiętam już własnej reakcji. Nie wiem, ile wtedy zobaczyłem. Być może niewiele więcej niż historię cynicznego, uzależnionego od alkoholu i tytoniu handlarza książkami oraz towarzyszącej mu dziwnej, bardzo młodej dziewczyny. Być może filmowy obraz zatruł mi książkę, zanim zdążyłem przeczytać ją po swojemu.
Teraz zobaczyłem zupełnie inną powieść.
Uwaga: dalej będą spoilery. Dużo spoilerów.
Dziewczyna, która nie zajmuje całej sceny
Irene Adler pojawia się stosunkowo późno. Przez znaczną część czasu siedzi, czyta i milczy. Kiedy już mówi, zwykle niewiele wyjaśnia. Corso uważa, że coś przed nim ukrywa — i ma rację. Popełnia jednak typowo ludzki błąd: brak odpowiedzi bierze za oszustwo.
Tymczasem Irene prawie nie kłamie. Mówi prawdę albo milczy. Nie podaje Corso gotowych rozwiązań, nie opowiada mu swojej przeszłości, nie wyjaśnia, co spotka go za następnym zakrętem. Pozwala mu poznawać. Pozwala mu również błądzić, ponieważ błąd jest częścią poznania.
Im dłużej o niej myślę, tym bardziej wydaje mi się ukrytą główną postacią powieści. Nie dlatego, że wykonuje najwięcej działań, lecz dlatego, że wokół niej skupiają się najważniejsze pytania: o wolność, prawdę, wygnanie, samotność i cenę sprzeciwu.
Nazywa siebie upadłym aniołem. Tęskni za niebem, ale nie sprawia wrażenia, jakby żałowała buntu. Jej tęsknota nie jest skruchą. Jest bólem kogoś, kto nadal uważa swoją decyzję za słuszną, a jednocześnie od tysięcy lat płaci za nią samotnością.
To zasadnicza różnica.
Można upaść moralnie. Można też znaleźć się na dole dlatego, że przegrało się wojnę.
Pomiędzy cieniem a mrokiem
Próbowałem początkowo ustalić, kim Irene „naprawdę” jest. Asztarte? Penemue? Jednym z duchów wymienianych przez grimoria? Istotą, która w którymś momencie historii pełniła funkcję Hekate?
Dziś nie jestem przekonany, czy powieść pozwala przypisać jej jedno prawdziwe imię. Być może właśnie nie pozwala.
W tradycji magicznej prawdziwe imię może dawać władzę nad istotą. Irene zaś nade wszystko ceni wolność. Podanie imienia oznaczałoby oddanie komuś narzędzia, którym można ją związać. Może więc zmieniać tożsamości, używać nazw pożyczonych z literatury i nosić paszport wystawiony na adres Sherlocka Holmesa. Ostatniej warstwy ochronnej jednak nie zdejmuje.
Zdejmuje za to buty.
Bose stopy Irene powracają w wielu scenach, ale nie widzę w nich specjalnie erotyzmu. Szczególnie w pociągu, kiedy wychodzi boso na korytarz i rozmawia z Corso. Jest wtedy pozbawiona pozy, kostiumu i gry. Jakby pokazywała się bez maski — na tyle, na ile w ogóle potrafi.
Podobnie można czytać jej krótkie włosy, brak ozdób, nieprzekłute uszy i cały dobytek mieszczący się w plecaku. Każdy z tych elementów może być zwykłym szczegółem. Dopiero ich powtarzalność każe podejrzewać, że ciało Irene jest dodatkowym językiem opowieści.
Nie oznacza to, że rozszyfrowałem kod autora. Nieprzekłute uszy mogą przywoływać biblijny znak dobrowolnej, dożywotniej służby — Irene nie należy do nikogo. Krótkie włosy prowadzą do Biondetta z Diabła zakochanego, ale mogą również nieść dalsze skojarzenia z zerwaniem więzi, ślubu albo dawnej konsekracji. To interpretacje, nie rozwiązanie równania.
Najcelniejszy obraz Irene znajduje się chyba gdzie indziej. Cień kościelnego krzyża zbliża się do jej stóp, lecz ich nie dotyka. W pokoju hotelowym jej cień spotyka się z cieniem Corso.
Irene nie stoi w świetle. Nie stoi również w mroku.
Stoi w cieniu.
Demiurg, który pomylił świat ze sceną
Jedyną postacią mówiącą w powieści własnym głosem narratora jest Boris Balkan. To on rozpoczyna zabawę w Trzech muszkieterów, przydziela role i obserwuje jej rozwój. Liana staje się Milady. Laszlo Nicolavic — Rochefortem. Corso ma odegrać d’Artagnana.
Problem w tym, że Corso nie dostał scenariusza.
Balkan zachowuje się jak mały demiurg. Tworzy lokalny świat, ustanawia jego reguły, rozstawia ludzi i zakłada, że od tej chwili będą postępowali zgodnie z nadanymi funkcjami. Nie przyjmuje do wiadomości, że poza jego przedstawieniem istnieją inne porządki — gra Borji, poszukiwanie Dziewięciorga Wrót, działania Irene i zwykła fizyczna rzeczywistość, w której człowiek uderzony albo postrzelony może umrzeć.
Laszlo nosi przy sobie rewolwer. Być może prawdziwy, być może będący rekwizytem. Dla Corso różnica nie istnieje, dopóki nie sprawdzi broni. Mógł zabić Laszla, przekonany, że broni własnego życia. Mogła zginąć Liana. Mogła zginąć Irene. Mogła polać się prawdziwa krew, ponieważ kilku uczestników uznało napaść za element powieściowej zabawy, ale nie poinformowało o tym pozostałych.
Kiedy bierze się udział w grze fabularnej, warto najpierw upewnić się, że wszyscy mają przed sobą ten sam tekst.
Inaczej Trzej muszkieterowie mogą zderzyć się z Pierwszą krwią.
Laszlo schodzący przed Corso po schodach jest nadal Rochefortem, przekonanym, że za plecami ma d’Artagnana. Tymczasem idzie za nim człowiek, który może uznać go za uzbrojonego napastnika i strzelić. Laszlo nie rozumie, że deski sceny już się skończyły.
Balkan też tego nie rozumie. Nazywa rzeczywistość teatrem i sądzi, że dzięki temu staje się ona bezpiecznym przedstawieniem. Przydziela ludziom role, ale nie bierze odpowiedzialności za to, co się z nimi stanie.
Wcześniej oskarżył przyjaciela o plagiat. Najprawdopodobniej słusznie. Tamten popełnił samobójstwo. Prawdziwość zarzutu pozwala Balkanowi nie przyglądać się zbyt dokładnie własnej odpowiedzialności: intencjom, sposobowi działania i temu, co wiedział o człowieku, którego publicznie zniszczył.
Ten schemat powtarza później. Balkan pozostaje zawsze o jeden krok od skutku. On tylko pisze scenariusz. Działa ktoś inny. Cierpi ktoś inny. Jeśli wydarzy się tragedia, można ją przypisać wolnej woli aktorów.
A przecież to właśnie na tak rozumianą wolną wolę skarży się Irene. Ktoś ustawia planszę, rozdaje figury, określa dopuszczalne ruchy, a potem oznajmia, że każdy sam wybrał swój los.
Książka zbudowana z luster
Im dłużej patrzę na Klub Dumasa, tym więcej widzę w nim odbić.
Nikon nie lubiła książek. Irene niemal bez przerwy czyta.
Nikon lubiła czarno-białe zestawienia. Irene nie daje się umieścić po żadnej stronie prostego podziału na światło i ciemność.
Nikon próbowała pomagać uchodźcom. Irene sama jest uchodźczynią z rzeczywistości, do której nie może wrócić.
Borja gromadzi książki, aby wydobyć z nich władzę. Fargas kocha książki, lecz zmuszony jest je sprzedawać i nie potrafi wykorzystać zawartej w nich wiedzy. Baronowa Ungern posiada ogromną bibliotekę okultystyczną, ale zatrzymuje się na granicy praktyki. Irene ma kilka koszulek, trochę bielizny i plecak — a przy tym prawdopodobnie wie więcej niż wszyscy oni razem.
Borja chce działać, lecz nie potrafi współpracować. Frieda ma wiedzę, której mogłoby mu zabraknąć. Fargas zna materialną postać księgi na tyle dobrze, że być może dostrzegłby fałszywą rycinę. Borja morduje oboje i niszczy własną szansę na powodzenie. Żądza posiadania każe mu zlikwidować ludzi, bez których nie potrafi zrozumieć posiadanej rzeczy.
Irene działa odwrotnie. Niczego nie gromadzi. Nie odbiera Corso jego drogi do wiedzy. Broni go, ale nie wykonuje zadania za niego.
Nie jest wojowniczką. Potrafi walczyć, lecz nie robi tego nadludzko dobrze. Zaskakuje Laszla, skacze na niego z góry, kilka razy uderza i sama odnosi obrażenia. Nie ściga go ani nie zabija. Jej siła nie polega na dominowaniu nad światem, tylko na odmowie podporządkowania się jego scenariuszom.
Książka, którą przeczytałem za wcześnie
Nie wiem już, co widziałem podczas pierwszej lektury. Może niewiele. Może nie byłem jeszcze gotowy na tę powieść.
Od tamtej pory rozszerzyły się moje zainteresowania. Czytałem o hermetyzmie, gnostycyzmie, religiach i kodach kulturowych. Pisanie monodramu nauczyło mnie zwracać uwagę na gest, pauzę, milczenie i powtórzenie. Na to, że zdjęcie butów może być działaniem scenicznym. Że brak odpowiedzi nie jest pustką. Że postać siedząca nieruchomo może robić więcej niż ktoś biegający z rewolwerem.
Sama wiedza jednak nie wystarcza. Pozwala rozpoznać kod, ale niekoniecznie go poczuć.
Dziś potrafię niemal fizycznie odczuć samotność Irene i jej tęsknotę za miejscem, przeciwko któremu się zbuntowała. Kilka lat temu być może tylko zarejestrowałbym te słowa. Teraz wiem, że można nie żałować decyzji, a mimo to opłakiwać wszystko, co się przez nią utraciło.
Coś za coś.
Ślady, których nie pamiętałem
Najdziwniejsze odkrycie przyszło jednak później.
Zauważyłem, że Irene od dawna istnieje w moich książkach.
Nie jako jedna postać i nie jako świadome zapożyczenie. Jej cechy rozłożyły się pomiędzy kilka osób. Ewelina ma zielone oczy, ciemne krótkie włosy, odrzuca materializm i uosabia bunt. Eliza mówi wprost albo milczy. Samuel jest niejednoznacznym opiekunem, który chroni główne bohaterki, ale nie usuwa z ich drogi bólu. Marika zna samotność wynikającą z funkcji, jaką pełni. Gabriel Falkenrath z kolei ma w sobie coś z Varia Borji — bogactwo, władzę, kolekcjonerstwo i pociąg do zakazanej wiedzy.
Trzy moje bohaterki obcinają włosy. Marika odcina warkocz po utracie mocy światła. Liliana skraca włosy po treningu w błocie na strzelnicy. Margot zrobi to po chwili, w której nie potrafi osądzić Mariki. Za każdym razem jest to znak przejścia, utraty albo zerwania z dawną rolą.
Nie pamiętałem Irene na tyle dobrze, żeby świadomie ją naśladować. Jeszcze tydzień temu nie potrafiłbym nawet podać jej imienia. A jednak archetyp, który teraz w niej rozpoznaję, najwyraźniej mieszkał we mnie od dawna.
Może spotkałem go wcześniej w innych książkach. W Mistrzu i Małgorzacie, którego czytałem wielokrotnie. W mitach, opowieściach o upadłych aniołach, boginiach stojących na rozdrożach i istotach, które pomagają ludziom bez podporządkowywania się ludzkiej moralności. Może Irene tylko nadała twarz czemuś, co od lat pozostawało na granicy mojego poznania.
A może książka przeczytała mnie pierwsza, zanim ja nauczyłem się czytać ją.
Szkoła warsztatu
Dlatego od dwóch dni nie potrafię odłożyć tej powieści, choć przecież już ją skończyłem. Nie rozwiązuję zagadki Irene po to, żeby ustalić jej prawdziwe imię. Przyglądam się temu, jak została skonstruowana.
Jak gest może otrzymać znaczenie dopiero przy trzecim powtórzeniu.
Jak postać nieobecna przez połowę książki może okazać się jej ukrytym centrum.
Jak późniejsza scena zmienia sens wcześniejszej.
Jak bohaterowie mogą odbijać się w sobie, nie będąc prostymi przeciwieństwami.
Jak kilka konwencji literackich może działać jednocześnie, a konflikt pomiędzy nimi stać się częścią fabuły.
Jak narrator może uważać się za autora wydarzeń, których nawet nie rozumie.
I wreszcie: jak pozostawić czytelnikowi przestrzeń, by sam wykonał część pracy.
Sam próbuję budować podobne konstrukcje. W moich książkach jedno wydarzenie często najpierw jest tylko wydarzeniem. Później otrzymuje nowy kontekst. Następnie odbija się w innej postaci, a jeszcze później okazuje się zapowiedzią większej struktury.
Marika oddaje Ewelinie kawałek własnej duszy. Najpierw jest to mechanizm ratunkowy. Potem niechciane splątanie. Jeszcze później — ślad intencji, do której Marika nie potrafiła przyznać się nawet przed sobą. Kolejne znaczenia nie unieważniają poprzednich. Nakładają się na siebie.
Być może właśnie dlatego tak uparcie rozbieram Klub Dumasa na warstwy. Nie chodzi już tylko o Irene ani nawet o tę jedną powieść.
To lekcja warsztatu.
Nie zamierzam przepisywać Irene ani tworzyć jej kopii we własnym świecie. Ona już tam jest — rozproszona pomiędzy postaciami, gestami i pytaniami, które zadawałem, zanim potrafiłem nazwać ich źródło.
Dobra książka opowiada historię.
Bardzo dobra zmienia znaczenie tej historii, kiedy czytamy ją ponownie.
A czasem, kiedy zaglądamy pomiędzy jej zdania, odkrywamy ze zdziwieniem, że przez cały czas to ona czytała nas.
Zostaje ze mna to stwierdzenie: „…można nie żałować decyzji, a mimo to opłakiwać wszystko, co się przez nią utraciło.”